Już niedługo miną cztery lata od kiedy Sznufi ma nowy dom. Trochę mniej czasu upłynęło od momentu, kiedy zaczęła ufać, przestała ukrywać się przed ludzkim wzrokiem, nauczyła się bawić i po raz pierwszy zapragnęła bliskości człowieka.

Od samego początku wiadomo było, że w naszym domu powinien pojawić się psiak ze schroniska, i że wybór nie będzie łatwy. Wydawało się, że decyzja nie może być spontaniczna. Tygodnie spędzone na przeglądaniu ogłoszeń o adopcji i stron różnych schronisk, godziny wpatrywania się w zdjęcia, analizowania potrzeb psiaka i naszych możliwości, rozpatrywanie różnych wersji wydarzeń, konsekwencji podjętych decyzji i próby przewidzenia najbliższej przyszłości…

I w końcu znajdujemy JĄ – średniej wielkości czarną sunię, której smutne spojrzenie ze zdjęcia kradnie nasze serca. Wszystko jest już prawie zaplanowane, jest miejsce na legowisko i miski, okolica domu prześwietlona pod kątem punktów zoologiczno-weterynaryjnych i miejsc na spacery. Niestety w ostatnim momencie okazuje się, że przypadkowo sunia znajduje stały dom w miejscu swojego tymczasowego pobytu. W pierwszej chwili tylko smutek i złość, tym bardziej, że osoby, które zajmowały się organizacją adopcji psiaka zaproponowały nam inną sunię, niestety znacznie odbiegającą wizualnie od naszych oczekiwań. I choć dziś jest mi z tego powodu bardzo wstyd, wtedy miałam w głowie tylko jedną myśl, że nie chcę takiego “nijakiego” psa.

Bardzo szybko jednak mój sposób myślenia zmienił się o 180 stopni. Tym razem przecież to nie ja miałam wybierać, to ona wybrała mnie i już po pierwszym spotkaniu byłam pewna i wiedziałam, że zrobię wszystko, aby jej oczy rozbłysły radością.

1

Początki nie były łatwe, zdarzały się chwile załamania i wątpliwości, czy decyzja była słuszna. Przez kilka pierwszych dni, a może nawet tygodni, nie do końca czułam, że w domu pojawił się pies. Prawie się z nią nie widywałam poza porami posiłków i spacerów.

3

Sznufi ukrywała się po kątach, najbardziej chyba chciała całkowicie zniknąć, ale ponieważ nie było to możliwe, robiła wszystko, żeby być jak najdalej od nas. Na każdą próbę zbliżenia się reagowała strachem skrywanym pod wyszczerzonymi zębami i groźnym warczeniem.

Wiedziałam, że czeka nas długa praca, ale byłam pewna, że się nie poddamy.

Nie przypuszczałam, że nauka komend „siad” czy „podaj łapę”, będzie tysiąc razy łatwiejsza od nauki bawienia się piszczącymi zabawkami, kładzenia się obok mnie na łóżku, czy po prostu pozwalania na głaskanie i drapanie za uchem. Chyba nigdy nie czułam takiej radości, jak wtedy, kiedy Sznufi sama (mniej więcej po roku), niezapraszana zaczęła przychodzić i domagać się zainteresowania z naszej strony.
2

Dziś po prawie czterech latach razem zdarza nam się tęsknić za jej dawną „niezależnością”;), bo okazuje się, że nawet cztery ręce to czasem za mało, by sprostać jej wymaganiom, jeśli chodzi o drapanie, masowanie, rzucanie zabawek czy podawanie przysmaczków. Sznufi stała się naszą najlepszą przyjaciółką, kompanem górskich wędrówek, towarzyszem weekendowych wypadów pod namiot i najlepszym systemem dociepleniowym na długie, jesienne i zimowe wieczory.

Z czasem okazało się też, że jest po prostu niezaprzeczalnie piękna i choćbym nie wiem jak długo szukała psa idealnego, to lepszego od niej pewnie i tak nie mogłabym znaleźć. Niemniej jednak nie ustaję w marzeniach, by już wkrótce odnaleźć, a może raczej zostać odnalezioną przez kolejnego równie fajnego jak ona czworonoga, który wciąż szuka swojego domu.

6

Autorem tekstu i opiekunką Sznufi jest Edyta Wojciechowska. Dziękujemy za podzielenie się swoją historią. 🙂

Misją naszej akcji jest eliminowanie bezdomności zwierząt, poprzez promowanie odpowiedzialnych adopcji i pomoc schroniskom.