historia Szarej

To był maj i pewnie, jak co roku, w Warszawie pachniała Saska Kępa. Nie dane mi było sprawdzić, bo w tym czasie odwiedzałam moją przyjaciółkę mieszkającą w Sosnowcu. Zostałyśmy zaproszone na parapetówkę do znajomych. Staropolskim zwyczajem grill trwał do późnych godzin nocnych.

W pewnym momencie naszą uwagę zwrócił przejeżdżający w tę i z powrotem samochód. Po chwili beztroskie rozmowy zaczęło przerywać rozdzierające wycie psa.

Wrażliwi na dobro wszelkiego stworzenia po krótkiej dyskusji ustaliliśmy, że zapewne ktoś nabył czworonoga i biduli się ckni za matką w nowym miejscu. Usatysfakcjonowani przenikliwością naszych umysłów, postanowiliśmy kontynuować posiad w najlepsze.

I tylko jeden kolega, którego te odgłosy szczególnie zaniepokoiły, zdecydował się zabrać wybrankę swego serca na spacer. Okoliczności przyrody były nader sprzyjające, bo i ciepło, i odludzie. Oddalili się więc, niemal po angielsku, zostawiając za sobą życzenia szczęścia i powodzenia – rzucane przez kolegów z enigmatycznym rechotem, w którym nie dało się nie usłyszeć nut zazdrości. Spacer nie potrwał jednak za długo. Minęli sąsiednią działkę.

Rosnące tam lebiody, wysokości zdrowego dziesięciolatka, i inne pomniejsze chwasty, dla których natura nie była aż tak bardzo łaskawa, były tak cenną krwawicą, że posesjonat otulił je płotem z gęstej siatki a furtkę zamknął pieczołowicie na trzy kłódki, coby nikt nieproszony po jego płodach ziemi nie deptał i nie bezcześcił.

I zza tego gęstego jak włosy Ewy Minge płotu wyjrzały dwa przerażone i okrągłe jak koła młyńskie ślepia, które zaświeciły w ciemności.

Źródło wycia zostało zlokalizowane, kolega dzielnie wskoczył przez siatkę, żeby rzeczone źródło stamtąd wyciągnąć, a koleżanka w tak zwanym między czasie podniosła larum, zwołując całą gawiedź.

Tylko nie schronisko

Zerwaliśmy się z krzeseł na to nocne wołanie, przerażeni, że może kolega, pozbawiony Boga w sercu, porzucił konwenanse i dopuścił się wobec towarzyszki hańbiących czynów. Jak się okazało, nasze obawy były bezpodstawne i co najmniej nie na miejscu, bo oto widzimy jak Superman i Wonderwoman podają sobie przez płot coś na kształt worka ziemniaków, skrupulatnie powiązanego smyczą, tak jak wiąże się cielaka na rodeo, żeby ani drgnął, pozbawiony jakiejkolwiek szansy na ratunek.

Stworzenie stanęło na nogi, dygocząc ze strachu, zimna, głodu.

Ktoś zadzwonił po jakieś służby, żeby zabrać znalezisko do schroniska, bo tam weterynarz, opieka i w ogóle wiedzo lepij.

Na hasło schronisko wyostrzyły mi się wszystkie zmysły, w geście sprzeciwu wzięłam to nieszczęście na ręce i obwieściłam przed Bogiem i ludźmi, że nie ma mowy o żadnych schroniskach, że tak się nie godzi i ja go wezmę, i znajdę mu dom temu, popatrzyłam na to co miałam na rękach, pająkowi.

Historia Szarej

Zabraliśmy te kupę strachu, a trzeba tu nadmienić, że proporcje rozkładały się następująco: 80 dla kupy 20 dla strachu. Stwierdziliśmy, że pewnie jest głodne. Owszem: było. Ale co zjadło, to czem prędzej oddało naturze, tak żeby te proporcje się zgadzały.

Nie ma rady, trzeba wracać. Wezwaliśmy taksówkę, uprzedzając, jaka jest sytuacja. Oczywiście nie obyło się bez złośliwych komentarzy pana taksówkarza, ale tutaj swoją rycerskość pokazał chłopiec mojej przyjaciółki, który w szermierce języka podwórkowego nie ma sobie równych. Szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

Kupa nieszczęścia

W domu, gdzie miałam nocleg, mieszkają już dwa psy. Z obawy przed wszelkimi zarazami i inne bakteryjami zdecydowaliśmy, że pies będzie spał w garażu. A ja razem z nim. Skoro elektryka prąd nie tyka, pielęgniarki nie chorują, to mojej odporności bramy piekielne nie przemogą.

Uwili nam słodkie gniazdka w garażu. Mi z leżanki polowej, kilku koców i śpiwora a znajdzie z kilku koców, już bez śpiwora i bez leżanki. Domownicy ucałowali mnie w czółko i życzyli spokojnej nocy, po czym z impetem zatrzasnęli klapę garażową.

Rano ten sam impet klapy obudził mnie, wpuszczając promienie słońca do mojego apartamentu. Pies spał w najlepsze, zwinięty w kłębek w nogach leżanki. Mój wyczulony nos nie pozwolił mi dłużej zwlekać. Nalaliśmy wody do balii i wykąpaliśmy kupę nieszczęścia, na tyle skutecznie, że zostało już samo nieszczęście.historia Szarej

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, co ten pies (a właściwie suka) musiał przejść.

Tragicznie wychudzona, zupełnie łysa, z bliznami na całym ciele, z listwą mleczną zwisającą smutno tylko kilka centymetrów nad ziemią, z pazurami, tak długimi, że aż się zawijały, uszami, w których bakterie na pewno wynalazły koło…

I tylko te błyszcząc oczy wpatrzone we mnie ufnie. Suka dostała robocze imię Szara, głównie przez kolor sierści, czy raczej skóry, bo sierści za wiele na niej nie było. Zabraliśmy ją do weterynarza. Pięć osób i jeden zabiedzony pies. Dwanaście kilo ledwie żywej masy czegoś, co kiedyś mogło być amstaffem.

Amstaff w wielkim mieście

Wróciłyśmy do Krakowa. Przedstawiłam swoim czterem ówczesnym współlokatorom najnowszy nabytek. Przejrzałam milion stron, zadzwoniłam do stu organizacji i odwiedziłam jednego weterynarza. Spotkałam się też z Pauliną Kasprzyk, która była moim drogowskazem i światełkiem w tym ciemnym tunelu posiadania psa.

Na stronie Bullowate do adopcji ukazało się ogłoszenie adopcyjne Szarej, bo przecież ja – bez mieszkania, z dwunastogodzinnym czasem pracy, bez pieniędzy – nie mogę dać psu stabilnego domu.

Utworzyłam, zgodnie z obowiązującą modą i obyczajem, wydarzenie na Facebooku, które miałoby pomóc znaleźć suce kochający i odpowiedzialny dom.

I wszyscy, łącznie ze mną, dali się nabrać na tę grubymi nićmi szytą intrygę.

W międzyczasie trwały walki o dostosowanie psa do życia w naszej wielkiej patchworkowej rodzinie. Nie obyło się bez ofiar.

 

Ucierpiały: fasolka po bretońsku, która został zwrócona właścicielce w nieco bardziej płynnej postaci na stos jej ubrań, wykładzina (zalewana regularnie, bo Szara nie bardzo rozumiała gdzie można, a gdzie damie nie przystoi, no a przecież w tamtym najciemniejszym kącie to nawet nie widać, więc dlaczego nie zrobić z niego takiej uroczej toaletki) oraz nieodżałowana szczotko-lokówka wyrabiana z najwyższej jakości plastiku w Chinach (pamiętamy [*]).

Na szczęście ówczesne mieszkanie, ze względu na swój wysoki standard, nazwane zostało meliną. Szara swoimi poczynaniami jedynie dodała animuszu i niepowtarzalnej atmosfery. Idealnie wpasowała się w ogólny nastrój – nazwijmy to hucznie: mieszkania. Po wielu trudach i znojach Szarej w końcu udało się załapać, o co chodzi z trzymaniem czystości i chodzeniem na smyczy. Tak przygotowana czekała na nowy dom. Dni mijały, robiły się coraz dłuższe.

Fatalne (?) przeznaczenie

Nadeszło lato. Rozpoczęliśmy poszukiwania nowego mieszkania, w którym pies nie był przewidzian. Bo przecież cały czas wierzyłam, że ktoś zabierze Szarą i pokocha. To miło, że nowa właścicielka akceptuje zwierzę na mieszkaniu, ale przecież ktoś zadzwoni.

historia SzarejI o dziwo znalazła się pani, która powiedziała, że chętnie ją przygarnie. Ma już kilka znajd, a w ogóle to jest weterynarzem, więc najlepsza opieka i zawsze na miejscu, ach i dom z ogrodem! No idealnie! Wymieniłyśmy się telefonami, żeby obgadać wszystko, kwestię transportu, jak z socjalizacją ( F A T A L N I E, ale ciii), karmieniem, trzymaniem czystości i podobnymi zagadnieniami.

Pech chciał, że właśnie tego dnia po spacerze zgubiłam telefon. Wydarzyło się nieszczęście. Fatum, los, przeznaczenie. I cały misterny plan, że tak powiem, diabli wzięli. Ktoś zapytałby: jak żyć? Wróciłam do domu zdruzgotana, bo jak to? Zabrałam Szarej jedyną szansę na szczęśliwą rodzinę! Spłonę w otchłaniach piekielnych.

Mijały dni i tygodnie, nikt nie dzwonił.

Suka nabierała kolorów i masy, więc kąśliwe uwagi dotyczące mojego wyjadania żarcia psu z miski, albo traktujące o tym, czym zajmuje się i kim jest moja matka, kierowane przez zatroskanych obywateli miasta Krakowa, zaczynały być rzadkością. Szara prawie przestała uciekać w najciemniejszy kąt mieszkania, kiedy wyciągałam pasek z szafy, żeby go ubrać. Ale paniczny lęk przed miotłą, parasolką i uwaga: łyżką stołową – pozostał.

“Zachciało Ci się psa”

Pewnego lipcowego wtorku zostało mi obwieszczone, że niezależnie od moich planów i możliwości muszę jechać do Międzyzdrojów. Powodem tych represji na mojej osobie była niezabezpieczona medycznie kolonia. Dzieci w wieku 7- 16 lat. I ja, z racji wykonywanego zawodu, mam im zapewnić stosowną opiekę.

Wszystko to brzmi pięknie: przymusowe wakacje nad morzem. Ale ja mam psa. Od niecałych trzech miesięcy. Przecież nikt nie zgodzi się, żeby przygarnąć na dwa tygodnie krwiożerczego amstaffa, zabójcę nienarodzonych dzieci, żarłacza błękitnego wśród psów.

A z żołdu pielęgniarskiego nie będę w stanie pokryć kosztów pobytu Szarej w hotelu. Moja mama skomentowała moje prośby o przechowanie krótkim: “zachciało Ci się tego psa, jak starej babie chłopa”. Z resztą i tak nie zdążyłabym odwieźć do niej suki.

Na szczęście byłam ostatnią brzytwą ratunku, której pracownicy ośrodka złapali się z ochotą i nawet pies im nie przeszkadzał. Spędziłyśmy dwa słoneczne tygodnie, bycząc się na plaży dla psów, które swoją drogą są najlepsze, bo niezaparawanione i niezacebulone. Zapraszam i polecam.

“Szara” codzienność

historia Szarej

Ni stąd ni zowąd, nagle przyszła jesień. Widmo zimy już krążyło nad miastem, więc korzystając z ostatnich ciepłych wieczorów, moi domownicy siedzieli sobie na balkonie, rozprawiając o życiu i śmierci. Zachęcona bachusowską atmosferą i unoszącą się gęstą mgłą nad naszą kamienicą, przyznałam wszem i wobec, że ja tak naprawdę bez Szarej to nie mogę i błagam, niech oni pozwolą mi ją zostawić na zawsze. Wiadomo, że pozwolili, w końcu są najlepsi na świecie!

I tak idę sobie już trzy lata przez ten łez padół w towarzystwie Szarej.

Pół roku zajęło nam „podawanie łapy”, a właściwie zrozumienie, że komendy to nie kara, ale sposób na zdobycie pyszniusiego kawałka sera albo inszej dobroci z pańskiego stołu. Szara rozumie też, że drzemunia jest dobrem najwyższym, a każdy byt dąży do drzemuni, więc lepszego kompana nie mogłam sobie znaleźć.

Została jej trauma samochodowa. Wcześniej to były psie arie operowe połączone z mini maratonem na tylnim siedzeniu samochodu. Teraz podróże autem odbywają się przy akompaniamencie popiskiwań, a czasami nawet suka kładzie na tylnim siedzeniu.

A socjalizacja?

Wcześniej unikała kontaktów z psami i mocno wyrażała niechęć względem kumpli z gatunku. Teraz mamy kilku psich kolegów. Panie stanowią potencjalną konkurencję, a Suka, nawet taka bez macicy, też chce się podobać! Ale w drodze wyjątku, od czasu do czasu, można się zakoleżankować.

I za każdym razem, kiedy Szara biega i bawi się z innymi psami albo kładzie się w samochodzie, gardło ściska mi wzruszenie i rozpiera mnie taka duma, że mam ochotę dzwonić do wszystkich moich znajomych, błogosławić im i obwieszczać dobrą nowinę.

historia Szarej

Szara jest kolejnym przykładem na to, że nie ma czegoś takiego jak instynkt zabójcy wśród bullowatych.

Początkowo jest nieufna wobec obcych. Ale po dokonaniu wstępnego rekonesansu i organoleptycznej oceny odwiedzającego, Suka sama przychodzi się przytulać, domaga się głasków i przede wszystkiem, nie zapominajmy o najważniejszym, jedzenia.

Moja mama nazywa Szarą swoją wnuczką. Babcia jest najlepsza, bo nie dość, że pozwala spać w łóżku, to miłość wylewa na talerz. I to taki całkiem głęboki, a nie jakiś tam deserowy.

Czasami zastanawiam się, kto i dlaczego wyrzucił tak cudowną, mądrą i piękną sukę. Z tego miejsca pragnę temu zwyrodnialcowi serdecznie podziękować: gdyby nie Ty, łajzo przebrzydła, nie miałabym tego wszystkiego co mam teraz.

Gnij sobie samotnie na swoim łez padole, nam jest razem najlepiej. Nie zamieniłabym tego na nic innego.

Autorka: Marta Fałęcka


Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.