Od zawsze kochałam zwierzaki. Wychowywałam się ze wspaniałym kotkiem – Misią. Była leniwym persem, typowym „kanapowcem”. Zawsze wiedziałam, że jak tylko się wyprowadzę od rodziców to będę miała swoje zwierzątko, no, bo jak to dom bez zwierzaka? To by było dziwne.

No i się stało, mieszkanie na horyzoncie, pozostał tydzień do przeprowadzki, ale wszystko działo się tak szybko, że nawet nie przeszło mi przez głowę, że nie będzie w tym domu zwierzaka! Wtedy koleżanka adoptowała psiaka i kotka. To była miłość od pierwszego spojrzenia.

Przygarnięty przez nią kotek miał ledwo dwa miesiące, był wygłodzony, miał pchły. Serce pękało na sam widok.

Po kilku dniach okazało się, że maluch nie dogadał się z psem i miał trafić do schroniska. Kiedy tylko to usłyszałam, bez zastanowienia stwierdziłam, że nie pozwolę na to i biorę ją do siebie. Tak uratowaliśmy małą białą kuleczkę przed schroniskiem.

Trafiła to domu pełnego miłości, jedzenia i zabawek.

Pchła w oka mgnieniu wyrosła na piękną kotkę i za dobroć odwdzięczyła się bezgraniczną miłością. I wydawało się, że mamy wszystko czego chcieliśmy. Zaczęliśmy prace na pełen etat, cały dzień byliśmy poza domem. Pchła czuła się samotna i bardzo za nami tęskniła, więc pomyślałam, że przyda się jej towarzystwo.

Pchła

Zawsze marzyłam o parce, ale chciałam żeby jedno było rasowym kotem. Kupno kota zostało odłożone na później, bo trzeba mieć pieniądze na samo kupno kota, potem na jego utrzymanie.

Oczywiście wśród znajomych nie jestem jedyną „kociarą”. Koleżanki z zespołu tańca indyjskiego, w którym tańczę, są zakochane w Brytyjczykach. Przy każdym spotkaniu musimy powymieniać się zdjęciami kotów z Internetu, bo przecież co jeden to piękniejszy!

Prawdziwy raj dla kociarzy

W końcu jedna z nich postanowiła kupić sobie małego przyjaciela. Znalazła hodowlę Brytyjczyków, maluchy z rodowodem, marzenie każdego miłośnika kotów. Wszystko załatwione, kotki już gotowe do adopcji, ale hodowla znajduje się w innym mieście i trzeba bezpiecznie przetransportować kociaka do nowego domu. Poprosiła mnie o pomoc, miałam pierwszy raz pojechać do hodowli i zobaczyć „milion” kotów na raz.

Długo się nie zastanawiałam, plany zaraz były przestawione tak, żeby pojechać z koleżanką i przytulać koty.

Jak tylko przekroczyłam próg tego domu, wiedziałam że to raj! Pełno kotów, małych i dużych, wszystkie ciekawe kto przyszedł, przychodziły się witać i zaczepiały, żeby się pobawić.

Stałam jak słup soli na środku pokoju, z wielkimi oczami i nie wiedziałam sama co mam robić, którego złapać jako pierwszego. I nagle z tego transu wyrwał mnie głos z tarasu „Chce Pani kota?!”. Nieśmiało wyjrzałam, nie wiedziałam czy to do mnie, czy może do telefonu i Pan tym razem patrząc na mnie pyta „ No to chce Pani tego kota? Fajne są, potrzebują dobrego domu”.

Pomyślałam, że to żart

Dobrze wiedziałam, ile warte są koty z tej hodowli i absolutnie nie byłam przygotowana na taki wydatek. Zresztą narzeczony i tak mnie przestrzegał żebym nie wróciła przypadkiem do domu z kotem. Wytłumaczyłam, że nie jestem na to przygotowana i może kiedyś się skuszę. Na to pan dalej drąży „No niech Pani się zastanowi, za 10 złotych oddamy, do adopcji, symboliczna kwota, tylko żeby się darzyło, a nie żeby mieć zysk”.

Państwo wytłumaczyli mi, że mają za dużo kotów. Dorosłe muszą zacząć oddawać do adopcji dla dobra samych kotów, bo nie mieli aż tyle miejsca w domu się zrobiło. Zaproponowali mi kilka kotów, dorosłych, wykastrowanych gotowych do oddania. Państwo przyznali, że niechętnie, ale są skłonni oddać też Cezara, pięknego, dostojnego, liliowego dziewięciolatka.

Sama nie wiedziałam co robić, więc poszłam zadzwonić do narzeczonego.

Wyszłam z tarasu, a Cezar za mną, przysiadł na drapaku na wysokości moich oczu i jakby czekał na decyzję. Po rozmowie wracam na taras, a on znów krok w krok za mną.

Zdecydowałam, że biorę Cezara do domu.

Jak tylko doszło do formalności Cezar sam zapakował się do transportera i grzecznie czekał na podróż. Pani zaczęła pakować wyprawkę i nagle otrzymuję teczkę podpisaną imieniem kota. Okazało się, że właśnie oficjalnie zostałam właścicielką kota z czterema tytułami championa, w tym międzynarodowego.

Nigdy nie przypuszczałam, że będę miała tak wspaniałego kota. Państwu z hodowli do dzisiaj kręci się łezka w oku jak widzą zdjęcia Cezara i jak o nim opowiadam, jednak są bardzo wdzięczni za to, że został przez nas przygarnięty.

Sami mówią, że to było przeznaczenie, że on sam chciał do mnie trafić.

Cezar szybko przyzwyczaił się do nowego domu. Nasza Pchła na początku nie była pozytywnie nastawiona do nowego domownika, ale z czasem stali się sobie coraz bliżsi. Cezary ją myje jak małe kociaki, a ona prowokuje go do zabawy i ganiają się przez całe mieszkanie. Czuję, że to były najlepsze decyzje, jakie mogliśmy w życiu podjąć.

Mamy w domu dwa koty, którym daliśmy szczęście, a one odwdzięczyły się tym samym.

Dodatkowo możemy podzielić się tą historią ze światem. Mówi się dużo o adopcji zwierzaków ze schroniska, oczywiście jest to bardzo potrzebne (sami zastanawiamy się nad adopcją psa w przyszłości), ale warto też mówić o kotach z hodowli. Możemy zrobić wiele dobrego przygarniając takiego zwierzaka. Często przez zbyt dużą ilość zwierząt w hodowli mają one gorsze warunki.

Dlatego właśnie zachęcam do adopcji zwierząt, bo wystarczy odrobina dobra i chęci pomocy żeby świat tych zwierzaków stał się piękniejszy. Jednym słowem: ADOPTUJMY!

Autorka tekstu: Karolina Koziej


Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.