Od kiedy  zamieszkałam  w Niemczech razem ze swoimi  chłopakiem, nosiłam się z zamiarem kupna psa.

Nieświadoma jeszcze tych wszystkich  pseudohodowli i cierpienia zwierząt, postanowiłam kupić sobie bardzo  modnego buldoga francuskiego za 300zl.

O zgrozo, co ja miałam w głowie…

Zaczęły się wielkie poszukiwania tego jedynego, wymarzonego. Przypadkowo natrafiłam na post jednej z grup polonijnych na Facebooku, który dotyczył adopcji psiaków z Polski.

Pomyślałam: „Hmm, dlaczego nie?”. W sumie psiak przyjeżdża  pod same drzwi z paszportem i wszystkimi dokumentami. Można spróbować…

Po skontaktowaniu się  z wolontariuszką dostałam ankietę  do wypełnienia.
Bez problemu odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale czekała mnie  jeszcze wizyta przedadopcyjna. Ile było stresu i nerwów! Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.

Zaczęły się poszukiwania tego wymarzonego czworonoga. Mój typ: wilkowaty, duży samiec o mocnej budowie. Ale los zesłał mi Yoko (teraz Luna).

Bardzo nie chciałam suni, ale  gdy zobaczyłam te piękne, karmelowe oczy spoglądające zza krat, wiedziałam, że to właśnie ten psiak.

Po załatwieniu wszystkich formalności pozostało tylko czekać na ten wspaniały dzień. Kotłowały się we mnie wszystkie uczucia. Strach, ekscytacja, obawa i jedna wielka niewiadoma, cóż to będzie za pies.

Bałam się, bo Yoko spędziła wiele miesięcy w kojcu. Bez spacerów, bez czułego choćby muśnięcia człowieczej dłoni.

Wreszcie 7 lipca,nadszedł ten dzień. Po długiej podróży (Luna jechała do mnie 1000 km), ok. godziny 9 dostałam wiadomość, że kierowca czeka z psiakiem pod moim blokiem. No cóż, klamka zapadła.

Zjechałam windą w dół, z paczką  parówek w ręku. To, co zobaczyłam doprowadziło mnie do łez.

Z auta wyleciała wychudzona kupka nieszczęścia i zaczęła biec w moim kierunku. Wpadła prosto w moje ramiona i rozdała kilka soczystych i lekko nieświeżych buziaków.

Ogon kręcił się jak śmigło helikoptera, radości nie było  końca.

Okazało się, że sunia nie ma dwóch przednich ząbków. Prawdopodobnie ktoś je wybił. Poza tym, wszystko przeszło moje najśmielsze oczekiwania!

Luna okazała się wspaniałą i radosną dwulatką, pełną energii. Mimo pobytu w schronisku i krzywdy, której zaznała od ludzi, nie przestała ufać człowiekowi.

Po południu wrócił z pracy mój chłopak i tutaj znów zrobiłam oczy jak 5 złotych. Przywitała  go, jak  gdyby znali się od zawsze!

Od tego momentu zrozumiałam, że ja też chcę pomagać, tak jak dziewczyny z grupy Polnische Hunde und Katzen Suche Eine Zuhause. Grupy, dzięki której adoptowałam Lunę.

No i długo nie musiałam czekać. We wrześniu  2017 roku wzięła mnie pod swoje skrzydła Paulina, założycielka  grupy.

Rozpoczęłam także zagraniczna zbiórkę darów na rzecz polskich schronisk, czynnie biorę udział w organizacji adopcji  zagranicznych, bronię praw zwierząt, uświadamiam innych, otwieram oczy na cierpienie naszych braci mniejszych.

Kto by pomyślał, że jedna, kudłata bieda przewróci mi życie do góry nogami i nagle zechcę pomagać.  A pomyśleć, że chciałam kupić psa z pseudohodowli.

Czasami ktoś otwiera nam oczy, a my nieświadomie połykamy bakcyla i zarażamy się pozytywnymi rzeczami.

Kocham to, co robię. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Każdy pies, który dzięki  nam znajdzie dom dostarcza nam ogromu wzruszeń i szczęście.

Takie historie uczą, aby nigdy nie mówić nigdy.

Studentka IV roku socjologii na Wydziale Humanistycznym AGH. Lubi podróżować, słuchać muzyki i robić zdjęcia. Kocha wszystko co związane z Włochami, a zwłaszcza ich kuchnię. Prywatnie właścicielka szalonego Maltańczyka o imieniu Malik.