zdjęcie psiaka Kubeczka

Opowiem wam o najpiękniejszej z moich adopcji.

W pewien słoneczny czwartek, na początku maja roku 2007, oglądałam – zgodnie ze swoim zwyczajem – program na krakowskiej TVP 3 “Kundel bury i kocury”. Tam po raz pierwszy zobaczyłam Kubeczka. Od pierwszej chwili zwrócił moją uwagę bardzo biedny piesek. Był ślepy, przeraźliwie chudy i pogryziony.

Zaczekałam na jego prezentację i gdy tylko na ekranie pojawił się numer, nie pytając nawet męża o zdanie, zadzwoniłam. Zdecydowałam się przygarnąć psiaka. Poprosiłam tylko, żeby zbadali go dokładnie i sprawdzili stan jego zdrowia.

zdjęcia Kubeczka

Po tygodniu przywieźli mi tę kupkę okropnego nieszczęścia. Nazwaliśmy go Kubek, bo w momencie, gdy uzgadnialiśmy imię, piliśmy kawę z kubeczków. Psiak zamieszkał u nas. Według badań schroniskowych był określany jako pies stary, około 16-letni. Stwierdzono, że jest zdrowy, cierpi tylko na małe zatrucie.

Opieka nad chorym psiakiem to prawdziwe wyzwanie!

Po pierwszym dniu okazało się, że psina cierpi na straszną biegunkę. Trzeba go było kilkanaście razy na dobę znosić na rękach z trzeciego piętra, bo sam nie umiał schodzić. Poza tym nie chcieliśmy, aby się dodatkowo męczył. Najgorsze było wychodzenie w nocy, zwłaszcza kiedy przyszła jesień z jej deszczem i zawiejami, a następnie mroźna zima.

Żadnym sposobem nie dało się tego wyleczyć. Byliśmy wykończeni fizycznie i psychicznej, bo okazało się że dodatkowo choruje jeszcze na padaczkę, że ma nowotwór wątroby i jelit, chore serce oraz układ krążenia. Pod wpływem naszej opieki biedulek powoli odzyskiwał siły.

psiak Kubek

Ataki padaczki były sporadyczne, bo brał codziennie luminal, na serce podawaliśmy mu Karsivan, dostawał też leki na wątrobę i raz w tygodniu serię zastrzyków, aby choć na parę dni ustały te biegunki, potem znów od nowa.Gdy przyjechał do nas miał cały brzuch łysy, skórę czarną jak sadza – ponoć od stanu zapalnego. Gdy się wylizywał, zmieniła się pigmentacja.

Jego rekonwalescencja trwała długo. Pozostał niewidomy, ale z czasem włoski wszędzie odrosły, brzuszek stał się różowy i zabliźniły się wszystkie rany po pogryzieniach. Kubeczek przytył i był cudownym pieskiem.

Żyliśmy razem w wielkiej przyjaźni. Kochaliśmy go bardzo, zawsze zostawialiśmy mu najlepsze kąski. Miał swoje miejsce na mojej podusi, podzieliliśmy się nią sprawiedliwie. Każdego wieczoru przed snem opowiadałam mu do uszka, co wydarzyło się w ciągu dnia, bo on tego nie widział. Opowiadałam mu też o swoich kłopotach, radościach, a on słuchał. Gdy kończyłam, zawsze mu powtarzałam: “Kubeczku kochany, żyj jak najdłużej i proszę walcz z chorobami. Jesteś mi potrzebny!”. On jakby to rozumiał, bo zawsze wzdychał cichutko i wtulał się we mnie, jakby bał się, że odejdę i  go zostawię.

zdjęcie Kubeczka

Mój pies umiera – jak mu pomóc?

I tak było cały czas, aż do 5 marca 2008 roku. Rano zaczął bardzo piszczeć i pił olbrzymie ilości wody. Potem pojawiły się wymioty. Bardzo zaniepokojeni pojechaliśmy z nim do weterynarza. Ten zbadał go i stwierdził że niestety już nic dla niego nie można zrobić.

Podjęcie decyzji o skróceniu jego cierpienia było dla nas najstraszniejsze. To on pomógł nam ją podjąć. Pierwszy raz nie bał się gabinetu, zawsze bardzo płakał, jak tylko tam weszliśmy. Tego dnia był bardzo spokojny.

Popatrzył na nas tymi swoimi niewidzącymi oczkami, jakby chciał powiedzieć “Dziękuję za wszystko, ale teraz pozwólcie mi odejść za Tęczowy Most. Jestem zmęczony, ale szczęśliwy, bo daliście mi ogrom miłości”.

I pozwoliliśmy mu odejść. Do ostatniego momentu byliśmy przy nim. Oboje bardzo płakaliśmy, a on położył łebek na ramieniu męża, wtulił się w nas i zasnął.

Tak bardzo go kochałam…. Był z nami 10 miesięcy, a weterynarze po zbadaniu go zaraz po adopcji dawali mu kilka tygodni życia. Ta adopcja nauczyła mnie bardzo dużo, nauczyła mnie cierpliwości i zrozumienia.

Dlatego zawsze mówię wszystkim – dajcie takim pieskom szczęśliwy dom na te ostatnie chwile, dajcie im zakosztować przed śmiercią jeszcze trochę radości, dajcie im to, że nie będą odchodziły w samotności, tylko wśród osób, które je kochają. Adoptujcie także te stare i schorowane psiny. To wymaga poświęceń i pewnego rodzaju odwagi, ale czyż nie mamy ogromnych serc?

Po Kubeczku adoptowaliśmy jeszcze starą ślepą Diankę. Odeszła 2 lata temu. Jesienią tego roku zdecydowaliśmy się przygarnąć zagłodzonego do granic możliwości ślepego starego Mikusia, który już wygląda jak piesek nie jak szkielet.

Nie bójcie się adopcji psiego staruszka. Jeśli otoczycie go opieką – odpłaci Wam się miłością i wdzięcznością tak wielką, że nie sposób ogarnąć jej słowami.

Autorka tekstu: Jola Kozik



 

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.