Koli

Historia miała miejsce, kiedy chodziłam do gimnazjum. Pamiętam, że kiedy jednego dnia wróciłam ze szkoły, mama oznajmiła mi: “Karolcia, przybłąkał się do nas piesek, gdzieś chodzi po podwórku”. Wybiegłam szybko, żeby go poszukać, ale nie było po nim śladu.

Wróciłam więc rozczarowana do domu. Mama zapewniała mnie jednak: “Wróci, bo nakarmiłam go”. Mama miała rację. Za jakiś czas spotkałam owego psiaka u nas na podwórku.

Jednak nie dało się do niego podejść bliżej niż na metr – uciekał z podkulonym ogonem.Musiał zostać wcześniej skrzywdzony przez człowieka.

Był to strasznie wychudzony owczarek Collie. Jego sierść była okropnie skołtuniała, oczy miał przerażone i bardzo smutne. Tylna noga od biodra do samej łapki była sztywna, prawdopodobnie kiedyś została złamana i źle się zrosła.

Koli

Mama wyniosła na podwórko psią karmę (miałyśmy w domu innego psa) i wodę. Następnego dnia, wychodząc ze szkoły, obeszłam cały dom dookoła, żeby poszukać naszej przybłędy, ale nigdzie jej było. Ze łzami w oczach pobiegłam do mamy: “Już sobie poszedł ten piesek”, na to mama powiedziała spokojnie: “Nie martw się, na pewno wróci”. I mama znowu miała rację.

Tego samego dnia, o owym psiaku mama rozmawiała ze swoim kolegą, który przyznał się, że rok temu zginął mu owczarek Collie. Umówił się, że przyjedzie i obejrzy psa. W związku z tym udało nam się go złapać i zamknąć w przechowalni (moi rodzice mają gospodarstwo rolne).

Nie odstępowałam go na krok.

Chciałam go bardzo do siebie przekonać, dlatego, mimo że się bał, siedziałam przy nim, mówiłam do niego, starałam się głaskać.

Biedaczek miał ogromny lęk przed ludźmi, kulił się przed każdą dłonią, która się do niego zbliżała.

Pod palcami można było wyczuć każde jego żebro, każdy krąg, a w dłoniach można było objąć jego talię. Pan, który przyjechał zobaczyć przybłędę, przeraził się, gdy ją zobaczył. Ale zabrał ze sobą, żeby pokazać żonie, skonsultować czy to ich pies czy nie.

Kiedy piesek pojechał było mi okropnie smutno, byłam i nadal jestem psiarą numer jeden w rodzinie. Wiedziałam, że nigdzie nie byłoby mu tak dobrze jak ze mną. Na szczęście tego samego dnia Pan wrócił, twierdząc, że to na pewno nie jego pies. I oddał go nam.

Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby przywrócić mu wiarę w ludzi

Jako, że psinka była bardzo lękliwa, trudno nam było wyczesać jej sierść, pozbyć się kołtunów. Po kilku dniach udało się. Okazało się, że to sunia! Ze względu na swoją prostą nogę, proste kolanko otrzymała imię Kolanka. Często mówiliśmy do niej po prostu Koli.

Koli

Powoli nabierała do nas zaufania, jednak lęk przed długimi przedmiotami typu miotła czy grabie zachowała do samej śmierci.

Teraz opiszę, jaka była moja Kolasia, kiedy nabrała do nas zaufania

Była najcudowniejszym, najwierniejszym przyjacielem. Do dziś, jak o niej pomyślę, mam uśmiech na twarzy i łzy w oczach. Serce mi pęka, kiedy pomyślę, że niestety już jej nie ma.

Koli była ogromnym pieszczochem, można było ją głaskać godzinami, ona nigdy nie miała dość. Sama domagała się pieszczot, czasami była wręcz przez to nieznośna, bo nie można było się od niej opędzić. Z czasem pokochała czesanie, leżała grzecznie, bez ruchu, z zamkniętymi oczami. Po prostu się relaksowała.

Kiedy powiedziało się jej, że ma iść na miejsce, to zawsze pokornie szła do swojej budy. Była bardzo posłuszna. Mimo, że nasz dom nie posiada ogrodzenia, nigdy nie wychodziła poza jego obręb. Jak już do nas przyszła, tak nie chciała nas opuścić. Zawsze alarmowała swoim piskliwym głosem, że ktoś przyszedł na podwórko i odstraszała niechcianych gości, a zawsze potrafiła wyczuć, kim jest ten niechciany.

Nie oddalała się od nas na krok

Uwielbiała też spacery. Jak już wspomniałam, moi rodzice mają gospodarstwo rolne, w związku z tym często wyjeżdżają ciągnikiem do ogrodu. Koli zawsze musiała iść z nimi. Nie dało się jej upilnować w domu, nawet jak na starość zaczęła ją boleć ta prosta noga i zaczęła chorować, zawsze musiała pobiec za rodzicami. Zamykana szczekała tak głośno, piskliwie i rozpaczliwie, że nie można było tego słuchać.

Koli

Jak już poszła do ogrodu, nie oddalała się na krok od mojej mamy. Przechodziła od drzewa do drzewa, tam gdzie mama.

Kiedy do nas trafiła, wezwałyśmy weterynarza. Ten określił jej wiek na około 5 lat. Od tego czasu była z nami lat 11. Niestety odeszła kilka lat temu, akurat wtedy, gdy mnie nie było w domu, bo musiałam wyjechać na kilkudniowy wyjazd z uczelni.

Żeby smutno nie kończyć opowieści o mojej wspaniałej Koli, zacytuję słowa znalezione kiedyś w sieci:

“Ludzie rodzą się po to, aby mogli się dopiero nauczyć jak prowadzić dobre życie — aby zawsze kochać innych, być miłym, prawda? Psy wiedzą to wszystko od samego początku, więc nie muszą zostawać na tym świecie tak długo jak my.”

Pozdrawiam wszystkich miłośników psów i innych czworonogów!

Autorka tekstu: Karolina Wołukanis




Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.