Moje życie z Kosmitą i starą kocicą Myzią było bardzo przyjemne. Wcale nie myślałam o adopcji drugiego psa. Zdawałam sobie sprawę, że koszty utrzymania dwóch psów, będą przekraczać mój budżet. Zdawałam sobie sprawę, że mam starą kocicę, której ciężko będzie zaakceptować nowego domownika.

Żyłam, mając dwa szczęśliwe zwierzaki i rozpuszczając je niemiłosiernie. Do czasu.

W marcu tego roku, przeglądając Facebooka, natknęłam się na ogłoszenie o „szanucerach w potrzebie”. Przeczytałam o 12-letniej niewidomej sznaucerce mini, która została oddana do krakowskiego schroniska. Powodem oddania miał być brak czasu dla psa.

W głowie mi się to nie mieściło. Myślałam o znajomych, którzy nie byli zapsieni, a powinni być, udostępniałam i z nadzieją sprawdzałam, czy znalazła już dom.

Niestety dni mijały, a Emi wciąż była w schronisku.

Przez trzy noce nie spałam, biłam się z myślami.

Rozum mówił, że nie powinnam, a serce mówiło coś innego.

Dużo rozmawiałam z Moniką od sznaucerów. Rozmawiałam z przyjaciółmi. Cztery babsztyle przez te trzy dni dzwoniły do mnie na zmianę i każda mi powtarzała, że dam radę, że pomogą, że gdzie Emilce będzie lepiej

. Przemyślałam, pewnie nie do końca, ale wiedziałam, że kiedy się zdecyduje to Emi zostanie u nas „na zawsze”. I przyszedł ten dzień, w którym wzięłam Kosmitę i pojechaliśmy do schroniska. Pojechaliśmy pełni obaw, ale i z nadzieją, że nasze stado powiększy się. Papiery zostały podpisane i zabrałam małą sznupią dziewczynkę do domu.

Początkowo psiak był zdezorientowany i przerażony

Przez kilka pierwszych dni Emi spała i jadła. Siedziała wciśnięta w kąt, musiała czuć za plecami ścianę, wtedy czuła się bezpiecznie.

Myślę, że tęskniła za poprzednim domem, jaki by nie był … to była jej rodzina, jej dom przez ostatnich 12 lat.

Początkowo Emi tropiła mocno kota, poszukiwała go, zdarzało się jej warczeć i pokazywać zęby. To, co chciała jeść wywoływało grymas na mojej twarzy – parówki, mięso i chleb z masłem. Zjadała też wszystkie przysmaki znalezione na trawniku, łącznie z petami. Wszystkie warzywa, ryż czy makaron zostawiała.

 

Dzisiaj Emi to zupełnie inny piesek. Minę ma wiecznie zdziwioną, zainteresowaną, jakby pytała „ a co Wy wyrabiacie?” Jest grzeczna, bardzo rzadko warczy, nie pokazuje zębów. Kota nadal tropi, ale z mniejszym zaangażowaniem.

Poza tym poznała słowo NIE. Wie, kiedy jest chwalona, wie, kiedy czegoś jej nie wolno. Ma swój charakterek i bywa uparta i czasem na „nie wolno” nie reaguje. Apetyt jej dopisuje, nauczyła się jeść warzywa, jajka, nie zostawia już ryżu ani makaronu.

Jej i moje życie zmieniło się na lepsze

 

Jest ogromnie przytulastym i kochanym psiakiem. Ma niesamowity wpływ na drugiego psa. Skutecznie mu tłumaczy, że burza czy peterady nie są takie straszne. Patrząc, jak Emi dopasowała się do naszego stada, dziwię się, że wcześniej nie adoptowałam starszego psa, że się bałam połączenia 4 letniego Kosmity ze staruszkiem czy staruszką.

Nie wiem, ile będzie nam dane razem przeżyć, ale dziś mam świadomość, że każdy dzień spędzony z Emi przynosi mi wiele radości.

Wniosła w nasze życie nowe emocje. Początkowo nie było łatwo, ale dziś to ogromna radość – móc ją obserwować, móc widzieć zmiany w jej zachowaniu.

 

Z każdym dniem coraz bardziej się otwiera, coraz więcej rzeczy ją cieszy. Mimo niepełnosprawności Emi świetnie sobie radzi. Mieszkanie znała na pamięć po kilku dniach. Świetnie chodzi po schodach. Doskonale wie, gdzie może spotkać kota i najczęściej tam na niego czeka.

We wrześniu tego roku przeszła zabieg ratujący życie.

Jest małym dzielnym wojownikiem, przeżyła go i pokochała mnie jeszcze mocniej. Buzujące hormony przestały jej dokuczać i zmieniła się w małego kochającego wszystkich misia. Pod koniec listopada zachorowała.

Zmagamy się z objawami zespołu przedsionkowego. Początkowo byłam przerażona,  ale pomalutku, dzięki pomocy wspaniałych doktorów, objawy ustępują. Mam nadzieję, że wróci do całkowitej sprawności, bo przecież mimo skończonych 13 lat nadal jest w niezłej formie.

Wiem, że jej odejście mnie zaboli, wiem bo pokochałam tego małego pieska bardzo mocno, ale wiem też, że warto było dać jej dom, wlewać każdego dnia miłość do tego malutkiego, szarego serduszka.

Bo dziś Emi zdaje się nie pamiętać dni spędzonych w schronisku, ani myśleć czy tęsknić za poprzednim domem. Kocha mnie mocno, dla mnie stara się być dobra, a ja te starania doceniam. Emi  jest ze mną około 20 miesięcy.

Decyzja o adopcji 12 letniej suki, była bardzo dobrą decyzją.

Być może nie spędzimy ze sobą tyle czasu, ile byśmy go spędziły, gdyby trafiła do mnie jako szczenię, ale nie liczy się ilość a jakość.

Czasem kilka chwil zostaje zapamiętanych znacznie lepiej niż lata spędzone z kimś. Staramy się mnożyć dobre wspomnienia i żyć pełnią psiej radości.

Emi uwielbia siedzieć w trawie i nasłuchiwać, tak jak fascynuje ją kocica, tak ciekawią ją wykłócające się sroki. Spacery sprawiają jej ogromną przyjemność, przed chorobą potrafiła śmigać jak mała wyścigówka i prosimy życzcie nam powrotu do pełni Emilkowego zdrowia, aby mogła cieszyć się swoim życiem na 200 procent:)

Nie bójcie się adoptować staruszków!!!

Emilka to drugi stary pies, który znalazł pod moim dachem schronienie. Nigdy nie wiadomo, co stanie się jutro. Zachorować może każdy, młody pies również, dlatego razem z Emilią prosimy, nie pomijajcie wzrokiem staruszków. Dajcie im szansę! One też potrafią mocno kochać i dawać wiele radości.


 

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.