Dwa lata temu adoptowałam Comę. Nigdy wcześniej nie miałam psa ze schroniska. W domu od 6 lat mieszkała z nami suczka Yagoda.

Coma, gdy do nas trafiła, była bardzo wycofana, nie ufała ludziom – chyba już ich nawet nie lubiła, widziała w nich jedynie zagrożenie.

Przyjechała do nas przerażająco zaniedbana, śmierdząca, wychudzona, ze skołtunioną sierścią. Książeczka zdrowia wypisana była na psa o imieniu Jakub. Nie wierzyłam w żadne szczepienie widniejące w książeczce. Na drugi dzień pobiegłam do weta. Tam pojawił się dylemat: zaszczepić ją czy poddać zabiegowi usunięcia kamienia i kilku zębów, które się ruszały i sprawiały ból. Ostatecznie wybrałam to drugie, szczepienie odłożyłam na później. Zapalenie dziąseł potęgowało jej cierpienie. Krew z dziąseł miałam na ścianach. Zabieg odbył się po okresie kwarantanny spowodowanej pchłami, w późniejszym czasie. Jak mała zupełnie doszła do siebie, zrobiliśmy jej wszystkie szczepienia.

Początkowo nie zauważyłam, że Coma jest zapchlona. Pchłami zaraziła się od niej także nasza Yaga. Pierwszy raz w życiu miała pchły i dostała od nich strasznego uczulenia. Musieliśmy więc poradzić sobie nie dość, że z armią stworów na sierści obydwu psiaków, to dodatkowo z uczuleniem Yadzi.

zdjęcie - Coma

Nie było łatwo poradzić sobie z tak wycofanym psem.

Bała się mężczyzn, mopa, nagłych ruchów. Gości atakowała ze strachu. Uciekała nam z domu. Sikała gdzie popadnie. Dowiedziałam się ze schroniska, że przez pół roku błąkała się po jakiejś wsi, ale w związku z tym, że dawała sobie radę, schronisko zajęło się nią dopiero zimą. Nie wiem, ile Coma ma lat, po uzębieniu wygląda na bardzo starego psa…

Ile razy została przegnana przez ludzi, kopnięta, uderzona? Pogryziona przez psy? Ile razy przeżyła samotnie, bez schronienia, burzę, której się strasznie boi? Ile razy grupka dzieciaków osaczała ją i rzucała w nią kamieniami? Ile razy padała z głodu i pragnienia?

Tego nie wiem, ale znam jej wszystkie lęki. Wiem, jak się denerwowała, jadąc autem i jak się cieszyła, gdy okazywało się, że nie mamy zamiaru jej nigdzie zostawić samej.

Nie wiadomo, jak długo Coma nabierałaby zaufania do ludzi, gdyby nie Yagoda – nasz czarnuszek rozpieszczony do granic możliwości. Całymi dniami Coma obserwowała Yagę i uczyła się życia w rodzinie. Jest bardzo inteligentna, teraz już otwarta na ludzi.

zdjęcie - Coma i Yaga

Zadziwia mnie to, że chociaż Coma doświadczyła tyle cierpień ze strony człowieka, nadal potrzebuje jego bliskości i kocha nas tym psim wielkim serduchem.

Był taki moment, mniej więcej po roku od adopcji, że w moim życiu pojawiła się perspektywa przeprowadzki. Musiałabym komuś powierzyć opiekę nad dziewczynami i przenieść się do Niemiec. Wyjeżdżaliśmy w lutym 2016. Nowa praca, nowe mieszkanie (a właściwie pokój w cenie mieszkania). Niestety bez meldunku nie ma pracy, trzeba więc zacisnąć zęby i płacić. Jednak największym minusem mieszkania było to, że jego właściciel nie zgadzał się na psy.

zd

Kwestia zostawienia psiaków w Polsce martwiła mnie szczególnie… Bo jak wytłumaczyć Yagodzie, która nawet jednego dnia nie spędziła beze mnie i Comie, która dopiero co wychodziła na prostą, że to tylko na chwilę, bo nie ma innego wyjścia? Nie mogłam spać po nocach. Kombinowałam na wszelkie możliwe sposoby, jak rozwiązać problem. Nikt nam nie chciał nam pomóc.

Wstępnie udało mi się załatwić z dziewczyną, od której wzięłyśmy Yagę, że ta zaopiekuje się obiema suczkami. Ale sprawa nie dawała mi spokoju – to w końcu obca osoba, a miałam jej powierzyć swoje najbliższe istoty. Poprosiłam w końcu znajomą o numer telefonu do ludzi, od których mieliśmy wynająć pokój. Po zażartych dyskusjach udało się – dziewczyny pojechały z nami. Mieszkaliśmy przez trzy miesiące w małym pokoiku z mężem i dwoma psami. Daliśmy radę, po trzech miesiącach wynajęliśmy mieszkanie od spółdzielni. I mieszkamy tak sobie razem do teraz.

Dziś Coma czuje się kochana, bezpieczna. W końcu ma to, czego potrzebowała najbardziej – własną rodzinę… Kocha i jest kochana. Czerpie radość z każdego dnia, codziennie rano wita mnie jej rozradowany pyszczek. Cieszy się jak je, jedząc merda ogonem. Z wycofanego psa zmieniła się w serdecznego i oddanego przyjaciela.

Jej traumatyczna przeszłość pozostawiła jednak bolesne blizny. Wczoraj w nocy miała straszny sen, piszczała, skomlała, uciekała. Nie mogłam jej dobudzić, żeby wiedziała, że to tylko sen.

Tak niewiele trzeba, by dać tak wiele…

Nie bójcie się adoptować psiaków ze schronisk. Dajcie im szansę na dom. Dajcie szansę na szczęście. Pokażcie im, że nie wszyscy jesteśmy bestiami…

Autorka tekstu: Monika

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.