Historia zapewne jak wiele innych płynących z ust zwierzolubów. Adoptowane psiaki po przejściach. Jednak sądzę, że każda opowieść o stworach, które otrzymały szansę na nowe, lepsze życie jest warta podzielenia się nią.

Całe życie towarzyszyły mi psiaki, jednak praca i częste wyjazdy nie sprzyjały temu, bym znów u boku miała szczekające zwierzę. Była cudowna wiewiórka, po jej odejściu dostałam wspaniałego kota (mniejsze wymagania 😉 ) i to miało wystarczyć.

Walka serca z rozumem

Jednak czułam niedosyt i postanowiłam chociaż w jakiś sposób być przy psiakach. Jestem pewna, że nie tylko ja – mimo, iż kocham zwierzaki – miałam obawy przed wybraniem się do schroniska.

Serducho mówiło: „ Idź, daj im namiastkę ludzkiej miłości, wyprowadzaj na spacery, pomiziaj, pobaw się z nimi, bo one tego potrzebują”, a rozum: “Przecież wiesz, że jak tam wejdziesz to zwariujesz, będziesz beczeć i tyle z tego będzie”. Ostatecznie zdecydowałam się pojechać, tłumacząc sobie, że chociaż umilę stworowi czas, jaki spędza, czekając swój dom.

Smutne życie psów w schronisku

Zabrałam koleżankę i w drogę. Tak jak ten rozum przepowiadał, tak się stało. Tylko przekroczyłam bramy schroniska i wybuchnęłam płaczem. Ryczałam jak dzieciak, bo nie mogłam patrzeć na te psie biedy w boksach.

Nawet najlepsze schronisko nie zastąpi psu kochającego domu. Wszystkie ogony spragnione miłości, uwagi, wpatrywały się we mnie, licząc na to, że wezmę je z sobą.

A ja głupia pojechałam tylko je wyprowadzić na spacer a nie zabrać do siebie. Co jeden to wspanialszy, starszy, młodszy, duży, mały… Wszystkie cudowne i jedyne w swoim rodzaju.

W głowie myśli – „Dlaczego nie mogę ich wszystkich zabrać, dlaczego, dlaczego ludzie nie dbają o te stworki, dlaczego nie przejmują się ich losem…”. Przechodziłam koło nich i zostawiałam za sobą kałużę łez.

No i stało się coś, co mnie powaliło ostatecznie. Przechodząc koło jednego z boksów, zobaczyłam dużego, pięknego, ale bardzo wycofanego psiaka. Bidulka warczała i szczekała na wszystkich (byli też inni ludzie, którzy przyjechali adoptować psa). Widać było w jej oczach ogromne przerażenie.

Podeszłam do krat. Spojrzałam w przestraszone, piękne oczy i wyciągnęłam rękę… Koleżanka krzyknęła, że chyba oszalałam, bo zaraz mnie dziabnie: „Zobacz jaka ona agresywna! Uważaj!”

I wtedy ten “agresywny” pies podszedł do krat, przestała warczeć i spojrzał na mnie takimi smutnymi ślepkami, delikatnie dotykając przy tym zimnym nosem mojej ręki. Trwało to może sekundę. Znowu się wycofała, ale już nie szczekała.

Serce pękło mi na milion kawałków

Nie potrafię nawet opisać tego, co wtedy przeżyłam i poczułam. Siedziałam przy tym boksie długi czas i do niej mówiłam. Jednak przyjechałam tam wyprowadzać psy a nie ryczeć i gadać do jednego.

Poszłam więc dalej. Wszystkie mnie rozczulały, ale w głowie była tylko ONA.

Nagle psikus … kolejny zmiękczacz na maxa. -piękna biała psinka bez łapki. Cudo, które tez błagalnie patrzyło. I jak tu nie ryczeć, jak się opanować… no jak?????

Czas szybko minął, musiałam wracać – wychodząc podeszłam do Niej, do tej zlęknionej biednej psiny i obiecałam, że będę przyjeżdżać i ją też zabiorę na spacer. Otrzymałam informację, że obie sunie są z jednego miejsca.

Były odebrane od chłopaka, który trafił za kraty, bo „miał zioło”. Powinien – moim zdaniem – trafić tam za znęcanie się nad zwierzętami. Hodował psy do walk, a te dwa cuda były mięsem armatnim. Przypuszczam, że biała po utracie łapki była mało wartościowa i pozostawiona sama sobie. Natomiast Czarna musiała być bita i zastraszana, bo to przerażenie w oczach nie wzięło się znikąd. Mówiło same złe rzeczy.

Słowo się rzekło i codziennie lądowałam w schronisku chociaż na chwilę. Dużo czasu spędzałam z „moim straszkiem” i trójłapkiem. Oczywiście wychodziłam też z innymi psiakami, ale nie ukrywam, że im poświęcałam więcej czasu. Mogłam wejść do kojca wystraszonej psinki i spokojnie ją głaskać i oswajać. Kiedy ktoś przechodził, chowała się za mnie i warczała.

Wtedy obiecałam sobie, że znajdę jej dom.

Nie mogłam spać po nocach, myślałam tylko o nich. A szczególnie o Niej. Ryczałam i zachodziłam w głowę – co tu zrobić, by psiaki trafiły w dobre ręce.

Przeszła mi szalona myśl do głowy Zabiorę „bojączkę” do siebie na tzw. tymczas i będę szukać jej domu. Zwariowany pomysł, ale czułam, że muszę tak postąpić. Moja siostra co jakiś czas jeździła ze mną do schroniska. Chodziłyśmy z „moim straszkiem” i trójłapkiem na spacery. Jak powiedziałam jej o moim pomyśle to usłyszałam: „No i co??? Zabierzesz jedną a Trójłapka zostawisz??? Przecież jej nikt nie zaadoptuje!, Kto by chciał psiego inwalidę?! Jak bierzesz jedną to drugą też zabierz i poszukamy im domów!”

Pomysł był szalony

Chyba mnie powaliło całkowicie. Co ja sobie myślę? Że zabiorę dwa duże psy po przejściach do domu? I co z nimi zrobię?

One potrzebują opieki, nauki, miłości i miejsca – a ja przecież nie mam psa, bo nie mam czasu! A mój kociak? Przecież one go zjedzą na dzień dobry. Nie ma mnie w domu 10-12 godzin. I jak one sobie poradzą?

No i znów głupie serce wygrało!

Poinformowałam o mojej decyzji najbliższych znajomych, tym samym prosząc ich o pomoc finansową w zbudowaniu ogrodzenia dla psiaków. Oczywiście nikt nie powiedział, że to świetny pomysł, ale też nikt się ode mnie nie odwrócił.

Uszanowali moja decyzję i pomogli w organizacji miejsca dla psów. Zanim powstało ogrodzenie (miały większość czasu spędzać na zewnątrz, bo przecież mnie nie ma długo w domu), jeździłam do nich codziennie, zawoziłam też kocyki z zapachem kota, by powoli je przyzwyczajać do sierściucha.

Ze schroniska do domu tymczasowego

Po dłuższym czasie powstał „mini-wybieg” z pięknymi budami (teraz służą tylko do ozdoby 😉 ) i nadszedł czas na zabranie dziewczyn do siebie. To było przeżycie.

Przygarnęłam psiaki jednak tylko tymczasowo. Obiecałam im, że będę je uczyć życia w domu i znajdę im najlepszych opiekunów na świecie. Powoli przyzwyczajałam do kota. Miały powiedziane, że jeśli nie nauczą się żyć z nim w zgodzie to będą żyły tylko na zewnątrz i mają zapomnieć o chacie! Myślałam, że będzie ciężej ale po jakimś czasie nastąpił sukces – nie zjadły kota i zaczęły go tolerować a „jaśnie pan” odwzajemnił tolerancję.

Z Afrą (trójłapek dostał takie imię) nie było większych problemów – ufna, miziasta, kochała wszystkich – nawet jeździ do szkół i przedszkoli uczyć dzieciaki, że pies bez łapy tez jest wspaniałym przyjacielem.

Z Zarą (nowe imię strachliwej) było gorzej. Przeraźliwie bała się wszystkich i wszystkiego. Nawet spacery w obce miejsca były dramatycznym przeżyciem. Poprosiłam o pomoc behawiorystę, dał parę wskazówek, ale mało co na nią działało.

Nie wyobrażam sobie nawet, co musiała przejść w życiu, że tak ją strach paraliżuje. Pytałam siebie – jak znajdę ludzi, którzy zrozumieją jej ból i będą mieć cierpliwość, by ją uczyć życia z innymi?

Z dnia na dzień były mi coraz bliższe.. Mimo licznych ogłoszeń zachęcających do adopcji „kaleki”, nie było zapytania o Afrę. W sprawie Zary miałam kilka telefonów, ale ludzie wydawali się nie rozumieć problemu sparaliżowanego strachem psa. No i co tu dużo mówić ….. Obie gwiazdy zostały ze mną!!!!

Moje życie z psami

Znajomi się śmieją, że od razu wiedzieli, że nie oddam już psiaków! Choć nieraz jest ciężko. Szczególnie jak muszę wyjechać służbowo, bo Zara nie ufa ludziom, więc trudno o opiekę. Czasem zostaje z nimi „babcia”, a czasem szukam miejsca, gdzie mogę je zabrać i czekają aż wrócę z pracy.

Mało czasu spędzamy ze sobą. Mimo to wiem, że to była decyzja najlepsza z możliwych.I dla mnie, i dla nich. Jestem przeszczęśliwa, że je mam.

Nauczyły się rytmu dnia codziennego i obcowania ze mną. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym postąpić inaczej.

Zara robi postępy. Nadal się boi, ale przekonała się do osób, które często nas odwiedzają. Bardziej boi się mężczyzn, ale ma jednego, w którym się całkowicie zakochała. Daje się głaskać koleżankom, nawet wpycha się na kanapę miedzy nas. Jak są w towarzystwie mężczyźni to już podchodzi, kładzie się przy mnie i obserwuje. Już nie sika pod siebie ze starchu i nie leży w kącie pokoju, warcząc.

Minęły  prawie 3 lata, odkąd stworzyliśmy swoje własne, zwariowane stado. Często jeździmy na wycieczki. A przede wszystkim -dostarczamy sobie radości nawet w ciężkie dni.

Psiaki, szczególnie te, którym daje się druga szansę, są najwspanialszym darem od losu.

Dają bezwarunkową miłość, przyjaźń i oddanie. Zachęcam wszystkich gorąco do adopcji, nawet trudnych przypadków (bo jak obserwuje się zmiany i postęp u psiaka to satysfakcja jest nie do opisania). Kocham te stwory całym sercem i mimo trudności, jakie czasami nas dopadają, wiem że postąpiłabym tak samo. To moja rodzina!

Ale, żeby nie było za kolorowo… W schronisku skradł me serce jeszcze jeden psiak…. Starszy, w typie Onka. Cudowny Julek. Pies niesamowicie przyjacielski i wspaniały. Nikt go nie chciał – zupełnie nie rozumiem dlaczego. Jemu też obiecałam, że go stamtąd zabiorę.

Po długim czasie udało mi się umieścić go w DT (już nie swoim 😉). Ponad rok czasu szukałam mu domu. Cisza, zero, nic. Jednak nikt nie chciał dać mu szansy. Walczyłam o dom z całych sił i w końcu go znalazłam! Teraz Julek żyje szczęśliwie w Holandii, a ja tym razem ryczę ze szczęścia!

Ot to taka nasza historia.

Mimo wielu godzin poza domem, trudności w zorganizowaniu opieki, skomplikowanych przygotowań do wspólnych wyjazdów (miejsce pobytu najlepiej z dala od ludzi, żeby Zara miała mniej stresu), problemów zdrowotnych Afry – mam wiele radości i wspaniałych psich przyjaciół. Nie sądziłam, że z moim trybem pracy będę miała psa, ba nawet dwa – jednak życie płata nam figle. I wiem, że wszystko idzie ogarnąć. Dla chcącego nic trudnego.

Cały czas pomagam bezdomnym i skrzywdzonym zwierzakom, bo jeśli się to udaje – satysfakcja jest bezcenna.

Pozdrawiamy serdecznie i zachęcamy do adopcji!!!

Afra, Zara i M.


 

Absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prywatnie szczęśliwa właścicielka Neli, najpiękniejszej na świecie suczki w typie owczarka niemieckiego. Od dziecka cierpi na nieuleczalną miłość do zwierzaków.